niedziela, 10 lipca 2011

Fundusze Inwestycyjne dla niewtajemniczonych

Fundusze Inwestycyjne dla niewtajemniczonych

Autorem artykułu jest Krzysztof M.



Fundusze inwestycyjne lokują kapitał uczestników w odpowiednio dobrane instrumenty finansowe (np.: akcje, waluty, obligacje). Dzięki zgromadzeniu znacznego kapitału, zarządzający funduszami (Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych) realizują korzystne inwestycje, których wynikiem jest pomnażanie powierzonych środków.
Fundusze inwestycyjne lokują kapitał uczestników w odpowiednio dobrane instrumenty finansowe (np.: akcje, waluty, obligacje). Dzięki zgromadzeniu znacznego kapitału, zarządzający funduszami (Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych) realizują korzystne inwestycje, których wynikiem jest pomnażanie powierzonych środków.

Najbardziej popularnym typem funduszy są tzw. otwarte fundusze inwestycyjne, które można podzielić na kilka grup głównych:

Fundusze akcji są to fundusze, których polityka inwestycyjna zakłada inwestowanie głównie w instrumenty o podwyższonym ryzyku inwestycyjnym (akcje). Udział akcji w portfelu może wynieść 100%, ale zazwyczaj nie przekracza 90%. Ten typ funduszy jest obarczony bardzo wysokim ryzykiem inwestycyjnym. Ten typ funduszy może przynieść wysokie zyski w okresie wzrostów na giełdzie, ale może jednak powodować wahania wartości jednostek uczestnictwa funduszu w okresie spadków.

Fundusze obligacji są to fundusze, których polityka inwestycyjna zakłada inwestowanie aktywów w średnioterminowe oraz długoterminowe instrumenty dłużne, głównie emitowane lub gwarantowane przez Skarb Państwa lub NBP. Duża część funduszy obligacji lokowana jest w bony skarbowe. Fundusze te charakteryzują się niskim ryzykiem finansowym, ale należy pamiętać że takie ryzyko istnieje, gdyż ceny długoterminowych obligacji mogą się silnie zmieniać – rosną w przypadku spadku stóp procentowych i spadają, gdy stóp procentowe idą w górę.

Fundusze gotówkowe, pieniężne są to fundusze które inwestują w:
a. papiery dłużne krótkoterminowe lub lokaty bankowe, których maksymalny termin zapadalności nie przekracza roku;
b. instrumenty dłużne o zmiennym oprocentowaniu i terminach zapadalności dłuższych niż rok, z zastrzeżeniem, że charakteryzują się one ryzykiem stopy procentowej nie wyższym niż w przypadku instrumentów dłużnych o terminach wykupu nie przekraczających roku.

Fundusze te charakteryzują się niskim stopniem ryzyka inwestycyjnego i stanowią doskonałą formę lokaty w okresie dekoniunktury na rynku akcji.

Fundusze hybrydowe dzielą się na fundusze:
a. stabilnego wzrostu - udział akcji w aktywach nie przekracza 40%;
b. zrównoważone - udział akcji w aktywach wynosi od 40% do 60%;
c. alokacji aktywów - udział akcji oraz udział papierów o stałym dochodzie w ich aktywach może kształtować się w szerokich przedziałach, zazwyczaj nie węższych niż 20%-80%.

Istnieje hipoteza, że w dłuższej perspektywie czasu fundusze hybrydowe mogą przynosić zyski równe bądź nawet wyższe od funduszy akcji, ponieważ te ostatnie są całkowicie uzależnione od wartości giełdowych indeksów. Niemniej jednak należy pamiętać, że fundusze hybrydowe posiadają ograniczone możliwości amortyzowania dekoniunktury na akcje. W przypadku znaczących strat na akcyjnej części portfela, maleją też szanse na to, że pozostałe inwestycje zdołają skutecznie nadrobić straty poniesione na akcjach.

Fundusze inwestycyjne mogą być doskonałą formą lokaty kapitału. Ze względu na ich różnorodność mogą stanowić ciekawą alternatywę dla lokat bankowych. W dłuższej perspektywie czasu zyski z funduszy, mogą znacznie przekroczyć zyski z lokat bankowych.
---

www.SerwisFinansowy.biz


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

W poszukiwaniu złotego portfela

W poszukiwaniu złotego portfela

Autorem artykułu jest Michał Ziętal



Cena złota wyrażona w rośnie praktycznie nieprzerwanie od 2001 roku. W styczniu 2008 przekroczyła dotychczasowy rekord 850 dolarów za uncję ustanowiony w 1980 roku. To „wydarzenie” odbiło się szerokim echem w mediach i obudziło w wielu inwestorskie instynkty. Czy obecna gorączka złota...
Cena złota wyrażona w rośnie praktycznie nieprzerwanie od 2001 roku. W styczniu 2008 przekroczyła dotychczasowy rekord 850 dolarów za uncję ustanowiony w 1980 roku. To „wydarzenie” odbiło się szerokim echem w mediach i obudziło w wielu inwestorskie instynkty. Czy obecna gorączka złota jest rzeczywiście uzasadniona? A jeśli tak, to jak najlepiej na niej skorzystać?

W ferworze sensacyjnych wiadomości o kolejnych rekordach można łatwo zapomnieć, że cena złota podawana jest najczęściej w dolarze amerykańskim, a ten od połowy 2001 roku traci na wartości. W efekcie, jeśli spojrzymy na cenę złota wyrażoną w złotych, to pnie się ona do góry, ale już mniej stromo. W okresie od 20 września 2000 do 30 stycznia 2008 cena złota w dolarach wzrosła o prawie 240 proc.. To sama cena wyrażona w złotych wzrosła już tylko o ok. 80 proc. czyli ok. 8,5 proc. rocznie. Przyzwoicie, ale na pewno nie rewelacyjnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że nie było to pewne 8,5 proc. rocznie, bo cena złota mogła przecież ukształtować się zupełnie inaczej.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że inwestowaniem w złoto warto się zainteresować. Można to robić na wiele sposobów – począwszy od najbardziej tradycyjnego czyli bezpośredniego zakupu kruszcu po nowoczesne instrumenty finansowego, których zyskowność zależy od kształtowania się ceny złota. Niestety dostępność tych ostatnich w Polsce w porównaniu do rozwiniętych rynków jest dosyć skromna i ogranicza się do kilku funduszy inwestycyjnych oraz produktów strukturyzowanych opartych na indeksach złota.

Złoto w czystej postaci

Motywem kupowania złota w najczystszej postaci (sztabek, monet czy ewentualnie biżuterii) i może być chęć zabezpieczenia „paru groszy” na czarną godzinę. Może wydawać się to staroświeckie i niezbyt bezpieczne, ale to jedyny sposób, aby tego typu kolekcja w pełni spełniała takie zadanie.

Najlepiej do tego celu nadają się sztabki i monety. W tej drugiej grupie znajdują się obiekty o dodatkowej wartości kolekcjonerskiej – ich cena z reguły jest znacznie wyższa niż faktyczna wartość złota. Jeśli nie mamy chęci ani możliwości zgłębiania numizmatycznych tajników bezpieczniej będzie wybrać tzw. sztabki lokacyjne, których koszty bicia są relatywnie najniższe, a liczba nielimitowana.

Na zakupy możemy udać się m.in. do Narodowego Banku Polskiego, Raiffeisen Banku oraz wielu firm, których oficjalna lista opublikowana jest na stronie NBP. Można udać się również do kantorów czy skorzystać z aukcji internetowej. Jednak w obu przypadkach wskazana jest dogłębna znajomość tematu i umiejętność oceny, czy oferowany towar jest oryginalny. Tym samym nie polecam tych kanałów dystrybucji raczkującym „poszukiwaczom złota”.

Fundusze inwestycyjne

Jedną z alternatyw bądź uzupełnieniem dla inwestycji bezpośrednio w czysty kruszec mogą być fundusze inwestycyjne mniej lub bardziej związane z rynkiem złota. Jednym z nich jest, działający od 16 października 2006, Investor Gold FIZ. Fundusz inwestuje w kontrakty terminowe na metale szlachetne (poza złotem – srebro, platyna i pallad) oraz akcje spółek z tego sektora. Od początku działalności jego wartość wzrosła o 65,4 proc. (stan na 31 stycznia 2008). Dla porównania złoto w tym samym okresie złoto zdrożało o 55,8 proc. w dolarach i 22,61 proc. w złotych, co czyni ten fundusz inwestycją „surowcową” godną rozważenia.

Certyfikaty inwestycyjne funduszu dostępne są tylko w subskrypcjach (ostatnia miała miejsce w maju 2007 r.), a wykupy odbywają się co miesiąc. Bardziej płynnym funduszem związanym z rynkiem złota jest dokładnie o rok młodszy Superfund SFIO Subfundusz Gold. Od 17 października 2007 do końca stycznia 2008 zyskał 13 proc. (wzrost wartości złota w tym okresie to 22 proc. w dolarach i 13 proc. w złotych). Innym funduszem o dużo dłuższej historii, bo działającym już od 1994 roku, ale w Polsce dostępnym od niedawna jest MLIIF World Gold Fund inwestujący w akcje spółek związanych przede wszystkim z wydobyciem metali szlachetnych, w tym kopalni złota.

Produkty strukturyzowane

Tu jedynym dostępnym w ciągłym obrocie na GPW produktem jest certyfikat strukturyzowany Raiffeisen Centrobanku Gold Open-End Index Certificate odzwierciedlający cenę złota. Certyfikat notowany jest na GPW od 13 września 2007. Od tego momentu do 31 stycznia 2008 zyskał 16,7 proc. podczas gdy cena złota w PLN wzrosła w tym czasie o 17,5.

Inną formą produktów strukturyzowanych są te w formie polisy ubezpieczeniowej oferowane podczas ograniczonych czasowo subskrypcji. Obecnie subskrybcje produktów związanych z rynkiem złota prowadzą firmy NWAI i Goldenegg. Oferowana przez nie „Złota struktura” to na dobrą sprawę ten sam produkt różniący się minimalną kwotą wejścia (100 tys. PLN w NWAI, 10 tys. PLN w Goldenegg) oraz tym, że Goldenegg pobiera 1 proc. opłaty dystrybucyjnej. Lokata oparta jest na indeksie JP Morgan Gold Excess Return Index odzwierciedlającym kształtowanie się cen kontraktów terminowych na złoto.

Konstrukcja indeksu sprawia, że jego wartość rośnie nieco wolniej niż cena złota ale bardzo wiernie za nią podąża. Inwestycja ta daje natomiast 100 proc. ochrony wpłaconego kapitału pod warunkiem zakończenia jej po czterech latach. Na podstawie symulacji historycznych wiadomo, że analogiczna czteroletnia inwestycja startująca w dni robocze w okresie od 3 stycznia 2000 do 7 stycznia 2008 dałaby 53,78 proc. zysku. Jest to wartość po tzw. ubruttowieniu i maksymalnym, 115-procentowym wskaźniku partycypacji we wzroście indeksu. Ta sama stopa zwrotu netto, przy średnim współczynniku partycypacji (tj. 105 proc.) wynosi 38,4 proc.

Wielką zaletą lokat strukturyzowanych jest brak ryzyka kursowego. Inwestor, która wpłaca złotówki ma szansę zarobić dokładnie tyle o ile zdrożało złoto w dolarach. W efekcie nie straci na ewentualnym dalszym spadku kursu amerykańskiej waluty.

Kontrakty terminowe na złoto

Samodzielne inwestowanie w kontrakty terminowe (w tym na złoto) to wyższa szkoła jazdy. W efekcie wykorzystania tzw. lewarowania można dysponując relatywnie małymi kwotami (kilka tysięcy dolarów) zarobić dużo i bardzo szybko. Oczywiście nie ma róży bez kolców – ten sam mechanizm działa w drugą stronę, sprawiając, że na kilku transakcjach możemy pożegnać się z pokaźnym majątkiem. Grę na kontraktach można w uproszczeniu porównać do zakładów bukmacherskich. Zakładamy się z innymi uczestnikami rynku o to, czy cena złota spadnie czy wzrośnie i o ile.

Mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego, jednak ta „zabawa” wymaga opanowania sporej wiedzy teoretycznej i praktycznej. Tu poza literaturą fachową, polecamy materiały ze stron internetowych Giełdy Papierów Wartościowych (www.gpw.pl > Edukacja > Materiały Edukacyjne > Kontrakty terminowe), Fundacji Edukacji Rynku Kapitałowego (www.ferk.pl) oraz poszczególnych domów maklerskich. Ponieważ na polskiej giełdzie nie są notowane kontrakty terminowe na złoto trzeba zapewnić sobie dostęp do rynków zagranicznych. Taką możliwość dają niektóre domy maklerskie. Wymagane jest otwarcie rachunku instrumentów pochodnych (odrębnego od rachunku papierów wartościowych) i podpisanie umowy o prowadzenie rejestru zagranicznych instrumentów finansowych.

Perspektywy

Kilka tygodni temu niektórzy analitycy wieścili rychłe przebicie psychologicznej bariery 1000 USD za uncję. Był to czas szczytu negatywnych emocji giełdowych, nizin kursu dolara i perturbacji z dostawą energii w RPA (jeden z główny dostawców złota). Wszystkie te czynniki „złagodniały”, a cena złota oscylowała i oscyluje nadal wokół 900 USD.

Jej dalsze kształtowanie zależeć będzie od relacji podaży i popytu. Podaż złota jest względnie stała - nowych kopalni nie uruchamia się z dnia na dzień, a ilość złota uwalniania z rezerw banków centralnych jest ograniczona umową Central Bank Gold Agreement. Tym samym cena zależeć będzie od popytu. Ten z kolei można rozbić na „rzeczywisty” i spekulacyjny. Wielkość popytu „rzeczywistego”, który generowany jest przez branżę jubilerska, elektroniczną i dentystyczną, jest również łatwa do oszacowania i rośnie w przewidywalnym niewielkim tempie.

Okazuje się zatem, że właściwie jedynym czynnikiem wpływającym w krótkim okresie na cenę złota są oczekiwania spekulantów znajdujące odzwierciedlenie w ich działaniach na rynku. Te z kolei lubią się szybko i niespodziewanie zmieniać. Póki co gorączka nieco zmalała, a cena ustabilizowała. Co będzie dalej? Uśredniając prognozy analityków największy banków inwestycyjnych na świecie otrzymujemy średnioroczną cenę złota oscylującą wokół 950 dolarów za uncję w ciągu najbliższych trzech lat, co w praktyce oznacza stabilizację na poziomie niewiele wyższym niż obecny.

W dłuższym terminie złoto może oczywiście zyskiwać. Należy jednak zauważyć, że w ostatnich 2-3 latach stało się instrumentem coraz bardziej zmiennym – mamy dynamiczne wzrosty i głębokie korekty. Nie można już więc mówić o złocie jako „bezpiecznej przystani” (safe haven). Nadal jest to jednak dobre uzupełnienie portfela z uwagi na ujemną korelacją z rynkiem akcji – w czasie bessy złoto z reguły zyskuje na wartości (przykład do druga połowa 2007 roku).
---

Michał Ziętal
Wealth Solutions - Lokaty strukturyzowane


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Dolar niezupełnie upadły

Dolar niezupełnie upadły

Autorem artykułu jest Bartosz Stawiarski



Od czasu swojej rekordowej siły z 2000 r. dolar stracił względem euro połowę wartości, natomiast względem złotówki deprecjacja sięga 55 proc. Za znaczną część tego ruchu odpowiada nie tylko systematyczne niszczenie reputacji "zielonego" przez amerykańskie władze monetarne, ale także materializujące się widmo recesji za Atlantykiem....
Od czasu swojej rekordowej siły z 2000 r. dolar stracił względem euro połowę wartości, natomiast względem złotówki deprecjacja sięga 55 proc. Za znaczną część tego ruchu odpowiada nie tylko systematyczne niszczenie reputacji "zielonego" przez amerykańskie władze monetarne, ale także materializujące się widmo recesji za Atlantykiem. Jednak pośród wzbierających lamentów nad upadkiem dolara może on niebawem powrócić do odrabiania strat.

Ostatnie trzy kwartały dosadnie dowodzą, że rozkwit amerykańskiego bogactwa był równie wirtualny, co zyski większości dawno już upadłych dotcomów. Finansowy domek z kart się sypie tak samo jak ceny tamtejszych domów, a raptowne cięcia stóp dolarowych przez FED noszą znamiona paniki. Oba te procesy są powiązane zależnością przyczynowo-skutkową i powiększają skalę odwrotu od amerykańskiej waluty. Osobną reperkusją pikującego dolara jest nasilenie spekulacji na giełdach towarowych, gdzie szybujące ceny surowców przemysłowych i rolnych wprawiają zwykłych konsumentów w konsternację. Jednak patrząc na kursy niektórych walut wschodzących, nasuwa się przypuszczenie, że odwrócenie tej wieloletniej tendencji jest jeśli nie w toku, to już bardzo blisko.

Waluty rynków wschodzących: sprzeczne sygnały

Przytoczmy kilka przykładów. Turecka lira w ciągu 5 lat do początku br. umocniła się do dolara o 30 proc., wszak w minionym kwartale osłabła o ok. 12 proc. (z rekordowego 1,15 do 1,30). Tym samym kurs zbliżył się w okolice długiej konsolidacji z 2005/06 r. Ścieżką aprecjacji o identycznej skali podążał od 2003 r. koreański won, który od jesieni ubr. oddał 10 proc. ze swojej zdobyczy. Ostatnie osłabienie można tłumaczyć silnym uzależnieniem koreańskiej gospodarki od eksportu skierowanego właśnie na kulejący rynek amerykański. Ukrócenie apetytu na ryzyko bodaj najmocniej widać po słabości południowokoreańskiego randa. Waluta ta straciła wobec dolara niemal 30 proc. w ciągu pół roku i jest wyceniana podobnie jak 5 lat temu.

W dwóch spośród trzech przytoczonych przypadków utrzymuje się znaczny dyferencjał lokalnych stóp procentowych względem stopy dolarowej. Główna stopa turecka wynosi obecnie 15,25 proc., koreańska 5 proc., natomiast w RPA jest to 11 proc. Śmiesznie niskie 2,25 proc. w dolarze (realnie przecież ujemne w obliczu inflacji około 4 proc. - więc jaki jest sens oszczędzać w USA?) zdawałoby się zachęcać do carry trade. Pomimo tego od kilku miesięcy ma miejsce ostrożna ewakuacja z pozycji tych walut na korzyść dolara. Zatem eksploatowany przez część analityków argument o poszukiwaniu zyskowniejszych aktywów poza USA wydaje się jałowy, gdyż nie uwzględnia globalnego przesunięcia akcentów w relacji ryzyko-stopa zwrotu. Poza tym, wspólnym i nadrzędnym zagrożeniem dla wszystkich gospodarek staje się inflacja.

Jednocześnie wciąż dobrze radzą sobie waluty środkowoeuropejskie, kwotowane w okolicach rekordów dekady. Do wytłumaczenia siły złotego służy ten sam argument, który już nie działa dla innych omówionych walut: oczekiwanie na podwyżki stóp złotowych zwiększy dyferencjał. Tylko ciekawe, że czeska korona dająca kupon porównywalny z dolarowym, pozostaje równie silna co złoty. Sprawa rosnącego deficytu obrotów bieżących w Polsce zeszła na plan dalszy. Póki co nikt się nie przejmuje również zawirowaniami na Węgrzech. Czyżby się więc rozpoczęła długoterminowa gra pod wejście naszego regionu do strefy euro? Może to być przedwczesny i przesadny optymizm, zważywszy restrykcyjne kryteria konwergencyjne i... rosnące ryzyko spekulacyjnego ataku walutowego.

Widmo ataku walutowego: przykład Islandii

Załamanie funta brytyjskiego w 1992 r. zostało przykurzone mgłą zapomnienia, podobnie jak zapaść rubla i walut azjatyckich 10 lat temu. Co ciekawe, jakaś immanentna pamięć doznanego szoku tkwi w zachowaniu tureckiej liry. Od kryzysu w 2001 r. zmienność notowań tej waluty pozostaje wysoka, a okresy stabilizacji są przerywane skokowymi deprecjacjami o dużej sile. Swoją negatywną rolę może tu pełnić systematyczne rozpływanie się fatamorgany w postaci wizji wejścia do strefy euro.

Ku przestrodze przed możliwymi atakami na waluty środkowoeuropejskie warto się przyjrzeć jednemu współczesnemu przypadkowi. Chodzi o casus położonej na peryferiach Europy malutkiej i niemal nieobecnej w mediach Islandii. Gospodarka tego kojarzonego z przetwórstwem rybnym kraju przeszła znaczną transformację. Udział sektora usług finansowych i nieruchomości w PKB Islandii wzrósł z 17 do 26 proc. w latach 1998-2006. Na miano tygrysa kraj zasłużył sobie również śmiałą ekspansją firm, które odważnie weszły w mariaże w Skandynawii. Boomowi towarzyszył gigantyczny wzrost aktywów bankowych do 10-krotności wartości PKB w 2006, a deficyt obrotów bieżących skoczył do 16 proc. produktu. Ta nierównowaga stała się pożywką do agresywnej gry na spadek lokalnej waluty. W najnowszej odsłonie tych niepokojów, od listopada 2007 korona straciła do dolara niemal 30 proc. (kurs z 60 ISK skoczył do 78). Od pewnego czasu w górę szybują koszty zabezpieczenia przed niewypłacalnością firm (credit default swaps). Sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że pod koniec marca władze monetarne musiały uciec się do podwyżki stóp do poziomu 15 proc. celem odbudowania zaufania do waluty. Inflacja osiągnęła 8,7 proc., czyli najwyższą wartość od 6 lat.

Za atak obwiniane są fundusze hedgingowe, które dążą do maksymalizacji swoich zysków na fali negatywnej propagandy. Na rynkach finansowych nie ma miejsca na sentymenty, a w obecnej niepewnej sytuacji globalnej turbulencje mogą wybuchnąć w pozornie spokojnym miejscu od przysłowiowej iskry. Poszukiwanie pól do spekulacyjnych zagrań na wielką i wielce szkodliwą ekonomicznie i społecznie skalę może się nasilić również dlatego, że wszystkie możliwe bąble spekulacyjne, które nadmuchano po 2000 r. w zasadzie już pękły. Niektórym graczom pozostaje więc chwycić się mniej czystych zagrywek, podobnych do tej na funcie w 1992 r.

Wnioski

Podsumowując, radosne delektowanie się długotrwałym trendem wzrostu wartości złotego (zwłaszcza wobec dolara, choć także i euro) rodzi złudne poczucie spokoju. Argumentem technicznym wspierającym oczekiwanie dalszego osłabiania dolara jest stare powiedzenie "trend is your friend". Jednak każdy trend kiedyś się kończy, a oznaką jego schyłku są coraz bardziej nerwowe ruchy cen. Rosnąca inflacja w Polsce jest nie tylko wynikiem dwucyfrowej dynamiki płac, ale też zbyt długiej indolencji rodzimych władz monetarnych. Równolegle ze wzrostem wynagrodzeń spada konkurencyjność naszej gospodarki. Nieliniowy charakter zjawisk gospodarczych może spowodować gwałtowną reakcję na pozornie niezbyt negatywne dane.

Chęć ataku na złotówkę i waluty regionu stanie się nieodparta w chwili wejścia do korytarza wahań ERM2. Należy wątpić, by po takim wzmocnieniu względem euro był to atak w tym samym kierunku, tzn. dalsze masowe kupowanie złotówki. W tym kontekście ewentualne odwrócenie trendu na eurodolarze tym bardziej faworyzuje walutę amerykańską.

Zbyt silne euro nie pomaga gospodarkom europejskim, a coraz powszechniejsze kłopoty na rynkach nieruchomości (Irlandia, Hiszpania, kraje nadbałtyckie z walutami powiązanymi z pieniądzem unijnym) stanowią presję na osłabienie EUR wobec USD. Podobnie jest z funtem brytyjskim w obliczu początku bessy na tamtejszych nieruchomościach i faktu, że zadłużenie Brytyjczyków przekracza wielkość rocznego PKB. To wszystko, pomimo fundamentalnych i już zdyskontowanych czynników osłabiających dolara, przybliża koniec jego trendu spadkowego wobec większości walut (jen i chiński juan to zupełnie osobny rozdział).

Jeśli mamy przytoczyć argument o różnicach w stopach procentowych, to wkrótce może się okazać, że USA będą zmuszone zaciskać politykę monetarną równie gwałtownie, co do niedawna ją luzowały. Pola do obniżek stóp w USA już dawno nie ma i dalsze brnięcie w zaparte może przybliżyć definitywny upadek reputacji Bena Bernanke i całego FED. Przepis na prawdziwe wyleczenie z amerykańskiego kryzysu tkwi w konieczności rewizji tamtejszego systemu finansowego, włącznie z: 1) dopuszczeniem upadłości kilku najbardziej nierozważnych instytucji finansowych (banki, fundusze hedgingowe), które same muszą zapłacić za swoje błędy; 2) zaostrzeniem mechanizmów kontrolnych (to na szczęście już ma miejsce); 3) lepszą koordynacją działań władz monetarnych wraz z likwidacją podatności ich członków na wszelkie naciski. Wtedy będzie duża szansa na triumfalny powrót dolara. Resztę pozostawmy rynkom, gdyż nadmierny interwencjonizm może tylko powiększyć skalę problemów.
---

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Lokata sprzeda wszystko

Lokata sprzeda wszystko

Autorem artykułu jest Maciej Kossowski



Kilka lat temu kupiłem wódkę Eristoff z załączonym kieliszkiem, a całkiem niedawno wędzonego łososia w przymusowym towarzystwie łososiowych kabanosów. Łączenie dwóch towarów to strategia tak stara jak sam handel. Ostatnio zawitała także do świata finansów.
Kilka lat temu kupiłem wódkę Eristoff z załączonym kieliszkiem, a całkiem niedawno wędzonego łososia w przymusowym towarzystwie łososiowych kabanosów. Łączenie dwóch towarów to strategia tak stara jak sam handel. Ostatnio zawitała także do świata finansów.

Zasada jest prosta: rzecz lepsza, bardziej chodliwa czy bardziej zakorzeniona w świadomości klientów ma ciągnąć sprzedaż nowości, produktu o wyższej marży czy wręcz bubla który się nie sprzedaje.

Jeszcze niedawno hitem było sprzedawanie funduszy (akcji, zrównoważonych) za pomocą lokat bankowych na zasadzie: 10 proc. na lokacie (z reguły przez 3 lub 6 miesięcy) pod warunkiem wpłaty połowy pieniędzy do funduszu. Nadal aktywnie działa w ten sposób Bank Millennium. Krytykowałem tę metodę – uważam że prowadzi do sytuacji, gdy inwestorzy kupują nie to co chcą (misselling). Ostatnio lokatę wykorzystano także jako wabik przy sprzedaży produktu strukturyzowanego, a „wynalazcą” tej techniki jest Open Finance. Mamy więc banery reklamujące lokatę 8 proc. przez 3 lata. Warunkiem uzyskania takich parametrów jest wpłata 10 000 zł na polisę strukturyzowaną (łącznie trzeba wpłacić 20 000 zł).

Ze strony www OF o konstrukcji produktu niczego specjalnego się nie dowiemy (jedyna podpowiedź to przypisy). Na podstawie tych szczątkowych informacji zakładam, że część „nielokacyjna” tego produktu oparta jest o indeks BNP Paribas Millennium (notowania można znaleźć tutaj). Indeks był już wykorzystany przez kilka instytucji finansowych (Commercial Union, Bank Millennium, BZ WBK) do tworzenia „struktur” – żadna się go nie wstydziła. Chociaż może nie: BZ WBK zmienił mu nazwę – prawdopodobnie po to by nie budzić skojarzeń z konkurencyjnym bankiem. Tak czy inaczej, Open Finance uznał że lepiej sprzeda się lokata na 8 proc. z doczepionym produktem strukturyzowanym niż to drugie, solo. Nie wiem jaka jest partycypacja w zmianie tego indeksu w przypadku OF. Inwestor z pewnością powinien jednak porównać ofertę OF z konkurencją pod tym względem – skoro nadarza się rzadka na rynku „struktur” okazja.

PS. O tym produkcie pisał już na swoim blogu Grzegorz Zalewski. Szczególnie drażniło go określanie produktu strukturyzowanego „lokatą”. W tym akurat nie ma nic zdrożnego – „lokata” nie jest terminem zastrzeżonym dla banków. Mówimy przecież o lokacie kapitału, którą może być np. zakup gruntu. Jednocześnie lokata to określenie zrozumiałe dla inwestorów, a „produkt strukturyzowany” czy „strukturyzowana polisa inwestycyjna” brzmią już znacznie gorzej. Oczywiście niektóre lokaty strukturyzowane nie mają nic wspólnego z lokatami w „bankowym” rozumieniu – mogą dawać np. szansę na 100 czy 200 proc. zysku przy gwarancji rzędu 80 proc. wpłaconego kapitału. Jest to więc inwestycja z zupełnie innej kategorii. Jeśli jednak inwestor skuszony określeniem lokata zajrzy na stronę z informacją o tego typu produkcie to z zapewne szybko ucieknie do banku, który da mu pewne 6 czy 7 proc. W przypadku Open Finance nie jest to już takie oczywiste – spora część klientów kupi bezpieczną i zyskowną lokatę plus coś jeszcze, czego nie zrozumieją. I to może być główny zarzut pod adresem produktu: lokata + „lokata”.

PS2. Swoją drogą być może inwestor wolałby mieć 6 czy 6,5 proc. na lokacie i wyższą partycypację (oraz - chociaż to marzenie ściętej głowy - jawne, możliwie niskie koszty) we wzroście indeksu? Oczywiste jest, że dotacja do oprocentowania lokaty bierze się z marży wbudowanej w produkt strukturyzowany - gdyby ta marża była mniejsza parametry "struktury" mogłyby być lepsze.
---

Maciej Kossowski Wealth Solutions - Produkty strukturyzowane


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Rolna hossa z haczykami

Rolna hossa z haczykami

Autorem artykułu jest Maciej Kossowski



Kupuję temat inwestycyjny pod tytułem: surowce rolne. Fundamenty dla wzrostów są silne: trzeba nakarmić ludzi, zwierzęta i… samochody (biopaliwa), a wody i odpowiednich gruntów jest coraz mniej (choćby z uwagi na industrializację).
Kupuję temat inwestycyjny pod tytułem: surowce rolne. Fundamenty dla wzrostów są silne: trzeba nakarmić ludzi, zwierzęta i… samochody (biopaliwa), a wody i odpowiednich gruntów jest coraz mniej (choćby z uwagi na industrializację).

Towary rolne – przede wszystkim pszenica – drożeją co prawda dosyć dynamicznie od pewnego czasu. Jeśli jednak porównamy skalę tych wzrostów do analogicznych „rajdów” w przeszłości (za ostatnie kilkadziesiąt lat) okaże się że jesteśmy blisko średniej. Tymczasem surowce takie jak ropa, miedź w ostatnich kilku latach pobiły wszelkie rekordy jeśli chodzi o skalę i czas trwania trendów wzrostowych (miedź +570 proc. w okresie od listopada 2001 do maja 2006!). Wśród towarów rolnych tylko pszenica drożała ostatnio nieco silniej niż kiedykolwiek w historii. Jeszcze bardziej „byczo” prezentuje się sytuacja cen płodów rolnych w ujęciu realnym (po uwzględnieniu inflacji) – gdyby miały sięgnąć swoich „realnych” szczytów wówczas np. soja musiałaby zyskać jeszcze 240 proc. a bawełna 375 proc. Słowem: rynek bardzo obiecujący.

Na szczęście mamy w Polsce już kilka produktów finansowych opartych na zbożach, a więc pszenicy, soi, kukurydzy (ewentualnie z dodatkami metali szlachetnych jak w MultiBanku czy „wody” jak w przypadku Citibanku). Jak zwykle w takich sytuacjach rzecz rozbija się o „technikalia”. Inwestowanie w te towary (i we wszystkie surowce) polega na kupowaniu kontraktów terminowych. Kontrakty mają określoną datę wygaśnięcia. W przypadku towarów rolnych najbardziej płynne są te kontrakty które „pożyją” jeszcze kilka do kilkunastu miesięcy. Jeśli więc inwestycja ma trwać np. 3 lata niezbędne będzie tzw. rolowanie kontraktów, czyli zmiana kontraktu który ma wkrótce wygasnąć na nowy, świeży. Na takiej operacji można osiągnąć stratę lub zysk. Stratę, gdy w miarę wydłużania terminu zapadalności kontrakty są coraz droższe (efekt contango) lub zysk, gdy jest odwrotnie (backwardation). Przy czym sytuacja z cenami kontraktów może się zmieniać dosyć dynamicznie – zależnie od popytu, stanu zapasów, oczekiwań rynku itp. Dodatkowy zysk osiągany na rolowaniu kontraktów (w przypadku backwardation) określany jest jako positive roll yield i sięga nawet 20 proc. rocznie.

Praktycznie wszystkie banki inwestycyjne mają już specjalne indeksy które starają się inkasować (na rzecz klientów/inwestorów) ten dodatkowy zysk ewentualnie minimalizować straty jeśli kontrakty są w contango (a straty te mogą sięgać kilkunastu procent w skali roku). To jedna z najlepszych form inwestowania w surowce - rolne w szczególności. Wystarczy porównać wyniki Indeksów z optymalnym rolowaniem z tymi gdzie rolowanie jest wykonywane w stały, z góry ustalony sposób.

Mam wrażanie, że w Polsce inwestorzy w ogóle nie uświadamiają sobie tej kwestii. W efekcie większości produktów które pojawiają się na rynku nie wykorzystuje indeksów z optymalnym rolowaniem (jednym który widziałem była lokata Deutsche Banku – AgroIndex). Przy czym podejrzewam że nawet w Deutsche Banku nie tłumaczy się klientom różnicy miedzy inwestowaniem w pasywnie rolowane kontrakty rolne a takim „inteligentnym” indeksem. Tymczasem różnica jest fundamentalna. Analiza może być dla klientów ciężkostrawna ale ostatecznie chodzi o po prostu o to czy zarobią więcej czy mniej w przypadku bardzo realnej „rolnej hossy”.
---

Maciej Kossowski Wealth Solutions - Produkty strukturyzowane


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl